sobota, 29 października 2011

Kilka myśli po 30stce...

Jakiś czas temu (już niemal miesiąc - ale ten czas leci, nie?) był 2 października. Akurat w tym roku wypadł ten dzień w niedzielę, ale zwykle nie jest to czerwona kartka w kalendarzu. Dzień jak dzień. Ale tego konkretnego 2 października obchodziłem 30 urodziny. Zresztą zwykle obchodzę urodziny 2 października - nic dziwnego że lubię ten dzień ;-). Urodziny miałem wyjątkowe i zaskakujące - najpierw urodziny z mieszkającymi tutaj na stałe i przyjezdnymi Polakami (obchodzone razem z Eweliną), potem dmuchanie świeczek z rodziną via Skype...



30 lat - tak szybko... a czuję się tak, jakbym niemal wczoraj kończył liceum, ledwo co wziął ślub (a to już ponad 7 lat temu), dzieci rosną... czas leci coraz szybciej. To ciekawe doświadczenie - po raz pierwszy popatrzyłem wstecz nieco dalej. Kiedyś nieco z dystansem podchodziłem do różnych podsumowań przy okrągłych datach i rocznicach - a dzisiaj przyłapuję się na tym, że takie pierwsze podsumowania samemu zaczynam robić. ;-))) 

Dmuchanie świeczek via Skype z Rodziną...
Obie babcie po drugiej stronie :-)

Są rzeczy, które dzisiaj zrobiłbym może lepiej, inaczej - ale to zawsze łatwo powiedzieć po fakcie. Jednocześnie bardzo cieszę się ze swojego dotychczasowego życia. Mam cudowną rodzinę, żonę, dzieciaki, spełniłem już wiele marzeń z dzieciństwa (praca w informatyce, gra w zespole na gitarze, wiele innych), poznałem wielu wspaniałych ludzi i mam wielu przyjaciół. Jednocześnie, z czego się bardzo cieszę, od już kilkunastu lat świadomie w moim życiu podążam za Jezusem i wiele niesamowitych rzeczy po drodze mnie spotkało. Wspólnota, koncerty, ewangelizacje, kursy dla narzeczeństw, małżeństw, bierzmowanych, praca z dziećmi, młodzieżą ( :-) ), przywilej bycia wpuszczonym do życia wielu ludzi...

A jednocześnie mam bardzo głębokie poczucie, że to wszystko to jest dopiero początek. Że życie tak naprawdę dopiero przede mną. Że tak naprawdę, to gdzieś na początku tej drogi jestem (pewnie za 30 lat też tak będę mówił). I wiek 30 lat to tak naprawdę jest początek. W starożytnym Izraelu to był czas, gdy syn uzyskiwał pełne prawo do dziedziczenia po ojcu. Uzyskiwał pełnię praw obywatelskich. 30 lat to był też wiek, gdy Jezus rozpoczął swoją służbę. Można by powiedzieć, że wkraczam w wiek chrystusowy ;-). Jestem podekscytowany perspektywami, które otwierają się powoli po powrocie. Wielu rzeczy jeszcze dziś nie wiem - ale cieszę się na to, co przede mną. Rok 2012 będzie rokiem przełomów.

poniedziałek, 10 października 2011

Z góry widać więcej... - czyli być z Bogiem... tak po prostu?

Ostatni okres przed wyjazdem - mniej więcej dwa lata - to okres intensywnego działania we wspólnocie, a także intensywnego życia - narodziny Zosi, zmiana pracy, decyzja o wyjeździe do Szwecji, nowe projekty i sposoby działania we wspólnocie, dużo spotkań z ludźmi. Lubię to życie, czuję się jak ryba w wodzie gdy dużo się dzieje!

Czas w Szwecji jest pod tym względem zupełnie inny. Mam tutaj niewiele odpowiedzialności w porównaniu z tym co jest w Warszawie - i dużo więcej czasu na to, aby patrzyć na rzeczy z większego dystansu. Również na siebie, swoją relacją z Bogiem.

Przedwczoraj, w sobotę, miałem ciekawe zdarzenie. Mamy kilka bieżących wyzwań, rzeczy o które walczymy w modlitwie oraz praktycznych decyzji do podjęcia. Są to rzeczy, o które na bieżąco od jakiegoś czasu się modliliśmy i szukaliśmy odpowiedzi. Otóż w sobotę od samego rana miałem poczucie, że potrzebuję wyjść i się pomodlić. Czułem mocne ssanie w środku ;-) Nauczony doświadczeniem wiedziałem, że potrzebuję za tym pójść - Bóg mnie woła tak, jak wołał Samuela w 1 Sm 3,4.

Lubię modlić się na zewnątrz, była piękna pogoda, więc poszedłem. Chodzę, modlę się, uwielbiam Boga, szukam Go, szczerze się cieszę różnymi rzeczami, które tutaj razem przeżywamy, mówię mu o troskach, myślę o wyzwaniach. Zrobiłem już całkiem spore koło i zaczynam w sumie wracać w kierunku domu. I .... nic. Trochę tak delikatnie pytam się Boga - czy chciałbyś coś mi pokazać, przestrzec, wskazać kierunek, itp? Przez chwilę nic... a potem znajomy cichy głos gdzieś w sercu - wrażenie jakby Bóg mówił - "Nie, po prostu chcę spędzić z Tobą czas!". Moja pierwsza myśl - tak po prostu spędzić czas? Ze mną? A... co z tymi rzeczami... eeee - porzuciłem to. I do końca spaceru rozkoszowałem się tym, że przebywam z Bogiem. Gdy spotykam się z Nim, i koncentruję się na Nim, to nabieram dystansu do siebie, swoich problemów i wyzwań. Z góry widać więcej...

Często mówiłem, a nawet nauczałem na spotkaniach wspólnoty, na temat tego, że modlitwa to jest po prostu relacja z Bogiem. I że Bóg tak naprawdę stworzył nas z miłości i często pragnie nie tylko nas prowadzić, odpowiadać na nasze potrzeby, ale po prostu z nami przebywać. Adam w raju często po prostu przechadzał się po ogrodzie (Rdz 3,7-9) - i szukał Adama, aby przejść się razem z Nim...

Zobaczyłem jednak, że w praktyce wyzwań ostatnich lat, modlitwy o swoje potrzeby, o projekty wspólnotowe, o odpowiedź Boga dla innych, którzy jej potrzebują itp - bardzo mało czasu było po prostu aby spędzić czas razem, całkowicie bez żadnej "listy życzeń", celu itp. Oczywiście, takie modlitwy są jak najbardziej potrzebne, Jezus sam zachęca nas do tego by pukać, kołatać i szukać (Mt 7,7) i że pragnie nam odpowiadać na nasze potrzeby... ale to nie jest wszystko do czego jesteśmy stworzeni. Gdy już będziemy na wieki z Nim w niebie - nie będzie już potrzeb do zaspokojenia! A nadal z Bogiem będziemy przebywać i rozmawiać!

Bardzo cieszę się z tej soboty! Do domu wróciłem po ponad godzinie...