piątek, 9 grudnia 2011

Koncert bożonarodzeniowy

Tym razem nietypowo... w ostatnią sobotę wybraliśmy się całą rodziną na bożonarodzeniowy koncert w kościele. Jest to tutaj coroczna tradycja, która jednocześnie jest dobrą okazją do podzielenia się dobrą nowiną o narodzeniu Jezusa z ludźmi, którzy z chrześcijaństwem za dużo wspólnego nie mają.

Po akcji zachęcania członków kościoła do zapraszania znajomych, w tym roku koncert okazał się rekordowy pod względem frekwencji (według oficjalnych informacji przyszło ponad 3200 osób). Boże Narodzenie, nawet w tak zeświedczonym kraju, jakim jest bez wątpienia Szwecja - jest nadal okazją do tego, aby przybliżać Jezusa innym. Wrażenie - bardzo pozytywne, mimo wielkiej ilości ludzi atmosfera ciepła i rodzinna.

Przekrój pełen: od klasyki, przez negro spirituals, bluesa, komediowych pasterzy, biegającego po scenie dwulatka, po klasyczne, wykonane z całym kościołem kolędy. Jezusa grał prawdziwy, 2 tygodniowy noworodek. Co warte odnotowania, większość artystów nie jest zawodowymi muzykami - a szczególnie muzykami klasycznymi. W Szwecji ogólnie poziom wychowania muzycznego stoi na bardzo wysokim poziomie.

Po koncercie (który zaczął się o 18.00) do domu wyruszyliśmy dobrze po 21:00 - obowiązkowa była szwedzka fika ze znajomymi - tym razem głównie z Polski. Dzieciaki przeszczęśliwe - ale o dziwo nie padły w drodze.

Umieszczam tutaj kilka totalnie amatorskich filmików nagranych przez nas podczas koncertu. Siedzieliśmy na prawym balkonie, blisko sceny - widok był dobry, a zabawa przednia.

Cały koncert zarejestrowany przez oficjalne kamery można obejrzeć tutaj: http://livetsordplay.se/play.aspx?idClip=3653&cn=Musik - niestety jedynie po szwedzku, ale może wersja z tłumaczeniem angielskim niedługo się w sieci pojawi.


Rozpoczęcie koncertu + klasyka:

 

Zosia dyryguje:
 


Blues: Tell the World... that Christ is born! 


Dzieci: Let it Shine - zobaczcie gimnastyczkę w środkowej części!

Zakończenie - wspólna kolęda

sobota, 26 listopada 2011

Być ojcem - to przywilej...

To niesamowite, że jestem tatą. I tutaj w Uppsali coraz bardziej to odkrywam.

 Przed chwilą uśpiliśmy z Madzią nasze szkraby. Dla każdego rodzica małych dzieci wieczorne kładzenie dzieci spać, jest zupełnie innym doświadczeniem w porównaniu z względnym spokojem popołudnia i wieczoru. Całość, po komendzie (ostatnio dawanej przez Zosię) rozpoczyna się pewną kakofonią dźwięków, ruchem, zamieszaniem, bałaganem, sprzątaniem, ścieleniem łóżek, chlapaniem w wannie, przechodząc przez spokojniejszą fazę wycierania, ubierania, pielęgnacji, poprzez czytanie książeczek, opowiadanie bajek,  rozmowy o sensie życia (to z Jasiem), codzienną modlitwę, aż do spokojnego i miarowego oddechu śpiącego dziecka. Bardzo lubię ten moment, kiedy maluchy przestają z sobą walczyć, ich ciało powolutku staje się bezwładne, oddech miarowy i taka mała cieplutka kulka odpływa w krainę snu.

Jak często jednak traktuję to po prostu jako kolejny obowiązek związany z wychowaniem dzieci... dzieci, które strasznie tutaj szybko rosną. Dzisiaj o tym myślałem - chcę się cieszyć każdą chwilą, gdy są ze mną.

Gdy patrzę na moje dwa szkraby, przepełnia mnie ojcowska duma. Gdy Zosia powie "Tato", gdy Jasio zapamięta kilka nowych angielskich słówek, gdy udaje im się zgodnie bawić, tańczyć...

To niesamowite, że Bóg podzielił się ze mną przywilejem bycia Ojcem. Tak naprawdę zaczynam to rozumieć dopiero, gdy sam mam dzieci. Gdy pomimo ich wad, często nieposłuszeństwa, chodzenia swoimi drogami itp... nie mogę przestać ich kochać. I do skutku powtarzam - zrób to, posprzątaj, ubierz się, nie zdejmuj czapki... to dla Twojego dobra! I codzienie przytulam, całuję, baraszkuję się z Nimi. I cały czas zachęcam - uda Ci się, potrafisz, przełam się, spróbuj, dasz radę...



Bóg jest Ojcem - i sam każe siebie tak nazywać... i aby móc zostać Jego dzieckiem, nie trzeba niesamowitej świętości, nie trzeba dokonywać niezwykłych i rzeczy - wystarczy przyjąć Jego Słowo - Jezusa (ew. św. Jana, 1 rozdział 12 werset)... i uznać to, że to Bóg jest Bogiem... On jest Panem...

wtorek, 22 listopada 2011

w powietrzu czuć zapach Świąt :)

Może to zabrzmi dziwnie, ale tak właśnie jest - w Szwecji czuć zbliżające się Święta :) Dziś zrobiliśmy sobie pierwszą tegoroczną sesję z choinką ;)
W tutejszym kościele praca wre - intensywnie ruszyły przygotowania do Adwentu, cały budynek przystrajany jest światełkami i ozdobami. Na Stenhagen też pojawiły się już pierwsze świąteczne oznaki, dzieciakom szczególnie podobał się dom z niebieskimi lampkami ;)
Szwedzkim zwyczajem (ale chyba polskim też) zakupiliśmy dzieciakom czekoladowe kalendarze adwentowe - czekają sobie na najwyższej półce w najwyżej powieszonej szafce kuchennej ;)
To wszytko przypomina nam, że niebawem będziemy w Polsce! Bardzo cieszymy się na ten czas! :)



Mimo zbliżającego się końca semestru, nie zwalniamy tempa. Wykłady, książki, notatki, wersety - jednym słowem szkolne życie ;) Poza tym dużo fajnych spotkań z inspirującymi ludźmi, wspaniałych rozmów, ciekawych doświadczeń. Cudownie, że tu jesteśmy i cudownie, że w czerwcu wrócimy do domu :) Wrócimy i tym wszystkim co się w nas tu dzieje,zmienia, odnawia,rodzi będziemy żyć tam - wierzę, w to! :)

Pozdrawiam i obiecuję niebawem wstawić zdjęcia - muszę naładować baterie w aparacie ;)
Magda

środa, 9 listopada 2011

Wreszcie w domu...

Wreszcie w domu... mogłem powiedzieć w tym tygodniu aż dwa razy. Za pierwszym razem, gdy opóźniony przez lądowanie naszego bohatera kapitana Wrony przyleciałem finalnie do Katowic i trafiłem po kilku godzinach w pociągu pod dom rodziców, za drugim razem gdy po powrocie podjechałem pod dom w Uppsali...

Saska Kępa i Stadion Narodowy z okna samolotu - gdzieś tam jest dom!

Halo wokół cienia samolotu przy podchodzeniu do lądowania w Szwecji


Bo teraz mam już nie tylko jeden dom, ale dwa :-). I z jednej strony tutaj w Uppsali brakuje mi Polski, rodziny, przyjaciół i wspólnoty, a gdy byłem w Polsce brakowało mi Madzi i dzieciaków, znajomych ze szkoły itp...

To było krótkie i intensywne 5 dni w Polsce. Nawet nie przypuszczałem, że aż tyle może się w tym krótkim czasie wydarzyć. I że przy tylu okazjach będę mówił sobie w duchu - "Szkoda, że nie ma więcej czasu...".

Mówiłem sobie to przy spotkaniu z jednymi i drugimi rodzicami, spotkaniu z Markiem i Łukaszem, spotkaniu grupy młodzieżowej i kilku rozmowach na szybko tam odbywanych, podczas spotkania z liderami i animatorami, pośpiesznym przygotowywaniu konferencji w Opolu pod Siedlcami, podczas samej konferencji, przy powrocie do domu, poniedziałkowym spotkaniu z Jackiem...

To był bardzo dobry i potrzebny czas. Po dwóch miesiącach spędzonych aktywnie, ale jednak głównie na czerpaniu i napełnianiu się, nadeszło kilka dni aktywności, gdzie mogłem dać innym nieco z tego, co sam otrzymałem. Praktycznie, jak np. podczas konferencji w Opolu jako tłumacz dla zespołu misyjnego ze szkoły biblijnej...


Jak i u nas w Abbie na spotkaniu młodzieżowym...

Jak i w wielu innych miejscach.
Dzisiaj dostaliśmy w szkole rozpisany plan aż do Świąt Bożego Narodzenia - to już za 6 tygodni będziemy w Polsce! Z jednej strony to szybko, z drugiej strony podczas tych 6 tygodni na pewno jeszcze wiele wspaniałych rzeczy nas czeka...

sobota, 5 listopada 2011

Another day of victory? ;)

Ostatnio myślę sobie o tym jak dużo dzieje się każdego dnia w życiu każdego z nas -  intensywność przemyśleń, zdarzeń, sytuacji nie do przewidzenia, ale i zwykłych codziennych spraw, powoduje, że muszę zmierzyć się ze swoimi myślami, poglądami, emocjami, czasem się z nich ucieszyć, a czasem je zweryfikować. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, a jednak tak dużo od tego zależy. Bo moje myśli wpływają na moje działania, a moje działania w dużej mierze determinują to jak czuję się sama ze sobą i wpływają na otaczającą mnie rzeczywistość, na otaczających mnie ludzi.   Bo jak będę żyć zależy przede wszystkim ode mnie. 


W czwartek Michałowi udało się wyjechać do Polski. Zanim do tego doszło, kpt Wrona szczęśliwie wylądował na Okęciu (które zostało zamknięte), przebukowany bilet okazał się nieprzebukowany, przyszły wątpliwości czy warto, dwie karty nie zadziałały, kolejny lot był o 8.30 rano (na lotnisko od nas jedzie się ok 2h)  Ale wreszcie się udało, doleciał:) 
A w Szwecji rozpoczął się kolejny jesienny dzień, z tą różnicą, że w samochodzie wyładował się akumulator, zaciął się zamek (dodam, że moja wiedza na temat samochodów jest tak obszerna jak wiedza na temat np. rakiet kosmicznych), było kilka wyzwań związanych z pracą, a Jaś miał spotkanie trzeciego stopnia z podłogą. No i  cóż mogę powiedzieć - życie ;)
No i właśnie w tych wszystkich okolicznościach, które dla mnie nie były zbyt pozytywne, pomyślałam sobie, że albo mogę zacząć się denerwować i narzekać, że siedzę sobie w dalekiej Szwecji i nie wszystko idzie tak jak zaplanowałam, albo zacząć patrzeć na to, jak wiele rzeczy się udało i, że nie ma sytuacji bez wyjścia kiedy idzie się przez życie z Bogiem :) 
Moja sytuacja oczywiście nie była beznadziejna, ale i tak stała się dobrym punktem wyjścia do zweryfikowania mojego nastawienia do życia.

Tak dużo zależy ode mnie i od tego, w którą stronę  skieruję swoje myśli. 
Życie z Bogiem nie oznacza życia pod kloszem, bez kryzysów, bez wyzwań, bez trudności - tak będzie w niebie, ale jeszcze trochę cudownych lat przed nam tu na ziemi:) Życie z Bogiem, to życie,  w którym wiem, że mam Przyjaciela - Króla Królów, Stwórcę Świata, Boga pełnego miłości, który codziennie jest gotowy spędzić ze Mną dzień i pomóc mi przejść każdą trudność. Jego Słowo,łaska, miłość, zwycięstwo na Krzyżu są wystarczające, by wzmocnić mnie i uzdolnić do tego, bym brała autorytet nad moim życiem, nie poddawała się okolicznościom i w każdej sytuacji potrafiła odnajdywać Jego pokój :)
To jak wygląda moje życie zależy przede wszystkim ode mnie.



Pozdrawiam kończąc zdaniem jednego z naszych wykładowców: " God bless you and have another day of victory" :)



sobota, 29 października 2011

Kilka myśli po 30stce...

Jakiś czas temu (już niemal miesiąc - ale ten czas leci, nie?) był 2 października. Akurat w tym roku wypadł ten dzień w niedzielę, ale zwykle nie jest to czerwona kartka w kalendarzu. Dzień jak dzień. Ale tego konkretnego 2 października obchodziłem 30 urodziny. Zresztą zwykle obchodzę urodziny 2 października - nic dziwnego że lubię ten dzień ;-). Urodziny miałem wyjątkowe i zaskakujące - najpierw urodziny z mieszkającymi tutaj na stałe i przyjezdnymi Polakami (obchodzone razem z Eweliną), potem dmuchanie świeczek z rodziną via Skype...



30 lat - tak szybko... a czuję się tak, jakbym niemal wczoraj kończył liceum, ledwo co wziął ślub (a to już ponad 7 lat temu), dzieci rosną... czas leci coraz szybciej. To ciekawe doświadczenie - po raz pierwszy popatrzyłem wstecz nieco dalej. Kiedyś nieco z dystansem podchodziłem do różnych podsumowań przy okrągłych datach i rocznicach - a dzisiaj przyłapuję się na tym, że takie pierwsze podsumowania samemu zaczynam robić. ;-))) 

Dmuchanie świeczek via Skype z Rodziną...
Obie babcie po drugiej stronie :-)

Są rzeczy, które dzisiaj zrobiłbym może lepiej, inaczej - ale to zawsze łatwo powiedzieć po fakcie. Jednocześnie bardzo cieszę się ze swojego dotychczasowego życia. Mam cudowną rodzinę, żonę, dzieciaki, spełniłem już wiele marzeń z dzieciństwa (praca w informatyce, gra w zespole na gitarze, wiele innych), poznałem wielu wspaniałych ludzi i mam wielu przyjaciół. Jednocześnie, z czego się bardzo cieszę, od już kilkunastu lat świadomie w moim życiu podążam za Jezusem i wiele niesamowitych rzeczy po drodze mnie spotkało. Wspólnota, koncerty, ewangelizacje, kursy dla narzeczeństw, małżeństw, bierzmowanych, praca z dziećmi, młodzieżą ( :-) ), przywilej bycia wpuszczonym do życia wielu ludzi...

A jednocześnie mam bardzo głębokie poczucie, że to wszystko to jest dopiero początek. Że życie tak naprawdę dopiero przede mną. Że tak naprawdę, to gdzieś na początku tej drogi jestem (pewnie za 30 lat też tak będę mówił). I wiek 30 lat to tak naprawdę jest początek. W starożytnym Izraelu to był czas, gdy syn uzyskiwał pełne prawo do dziedziczenia po ojcu. Uzyskiwał pełnię praw obywatelskich. 30 lat to był też wiek, gdy Jezus rozpoczął swoją służbę. Można by powiedzieć, że wkraczam w wiek chrystusowy ;-). Jestem podekscytowany perspektywami, które otwierają się powoli po powrocie. Wielu rzeczy jeszcze dziś nie wiem - ale cieszę się na to, co przede mną. Rok 2012 będzie rokiem przełomów.

poniedziałek, 10 października 2011

Z góry widać więcej... - czyli być z Bogiem... tak po prostu?

Ostatni okres przed wyjazdem - mniej więcej dwa lata - to okres intensywnego działania we wspólnocie, a także intensywnego życia - narodziny Zosi, zmiana pracy, decyzja o wyjeździe do Szwecji, nowe projekty i sposoby działania we wspólnocie, dużo spotkań z ludźmi. Lubię to życie, czuję się jak ryba w wodzie gdy dużo się dzieje!

Czas w Szwecji jest pod tym względem zupełnie inny. Mam tutaj niewiele odpowiedzialności w porównaniu z tym co jest w Warszawie - i dużo więcej czasu na to, aby patrzyć na rzeczy z większego dystansu. Również na siebie, swoją relacją z Bogiem.

Przedwczoraj, w sobotę, miałem ciekawe zdarzenie. Mamy kilka bieżących wyzwań, rzeczy o które walczymy w modlitwie oraz praktycznych decyzji do podjęcia. Są to rzeczy, o które na bieżąco od jakiegoś czasu się modliliśmy i szukaliśmy odpowiedzi. Otóż w sobotę od samego rana miałem poczucie, że potrzebuję wyjść i się pomodlić. Czułem mocne ssanie w środku ;-) Nauczony doświadczeniem wiedziałem, że potrzebuję za tym pójść - Bóg mnie woła tak, jak wołał Samuela w 1 Sm 3,4.

Lubię modlić się na zewnątrz, była piękna pogoda, więc poszedłem. Chodzę, modlę się, uwielbiam Boga, szukam Go, szczerze się cieszę różnymi rzeczami, które tutaj razem przeżywamy, mówię mu o troskach, myślę o wyzwaniach. Zrobiłem już całkiem spore koło i zaczynam w sumie wracać w kierunku domu. I .... nic. Trochę tak delikatnie pytam się Boga - czy chciałbyś coś mi pokazać, przestrzec, wskazać kierunek, itp? Przez chwilę nic... a potem znajomy cichy głos gdzieś w sercu - wrażenie jakby Bóg mówił - "Nie, po prostu chcę spędzić z Tobą czas!". Moja pierwsza myśl - tak po prostu spędzić czas? Ze mną? A... co z tymi rzeczami... eeee - porzuciłem to. I do końca spaceru rozkoszowałem się tym, że przebywam z Bogiem. Gdy spotykam się z Nim, i koncentruję się na Nim, to nabieram dystansu do siebie, swoich problemów i wyzwań. Z góry widać więcej...

Często mówiłem, a nawet nauczałem na spotkaniach wspólnoty, na temat tego, że modlitwa to jest po prostu relacja z Bogiem. I że Bóg tak naprawdę stworzył nas z miłości i często pragnie nie tylko nas prowadzić, odpowiadać na nasze potrzeby, ale po prostu z nami przebywać. Adam w raju często po prostu przechadzał się po ogrodzie (Rdz 3,7-9) - i szukał Adama, aby przejść się razem z Nim...

Zobaczyłem jednak, że w praktyce wyzwań ostatnich lat, modlitwy o swoje potrzeby, o projekty wspólnotowe, o odpowiedź Boga dla innych, którzy jej potrzebują itp - bardzo mało czasu było po prostu aby spędzić czas razem, całkowicie bez żadnej "listy życzeń", celu itp. Oczywiście, takie modlitwy są jak najbardziej potrzebne, Jezus sam zachęca nas do tego by pukać, kołatać i szukać (Mt 7,7) i że pragnie nam odpowiadać na nasze potrzeby... ale to nie jest wszystko do czego jesteśmy stworzeni. Gdy już będziemy na wieki z Nim w niebie - nie będzie już potrzeb do zaspokojenia! A nadal z Bogiem będziemy przebywać i rozmawiać!

Bardzo cieszę się z tej soboty! Do domu wróciłem po ponad godzinie...

środa, 28 września 2011

pierwszy miesiąc za nami

Jesteśmy tu dopiero miesiąc, a tyle się dzieje jakby minęły już przynajmniej trzy ;) Mimo,że tęsknimy za Polską, to cieszymy się bardzo, że możemy tu spędzić ten rok.

Szkoła już zaczęła się na dobre. Mamy sporo nauki, ale to jest bardzo przyjemna nauka :) Pierwszy test za nami, trzy kolejne przed nami - taka mała sesyjka ;)
Coraz bardziej cieszę się z kierunku, w którym podąża moje życie i różnych mniejszych i większych decyzje podejmowanych na przestrzeni lat, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym dziś jestem!

Bóg jest dobry! :) Nie ma w Nim ani grama zła, ani odrobiny zaćmienia i jest niezmienny , więc możemy mieć pewność, że zawsze  taki będzie! Cokolwiek mówi jest prawdą, a cokolwiek obieca stanie się, bo Bóg nie jest kłamcą i dotrzymuje słowa.

To tyle póki co ode mnie, niebawem pewnie napisze coś też Michał i postaramy się wstawić kila fotek lub jakiś aktualny filmik.

Magda

p.s. Zosia zaczyna uczyć się mówić! :) Oprócz mama, baba,. buła, am, amen i aja (Jasio), zdarza jej się powiedzieć tata, Ania, banan i "gę gę" (gąska) ;)

środa, 14 września 2011

refleksyjnie

Jeden z naszych wykładowców w ramach jakiejś dygresji rzucił ostatnio taką myśl, że kiedy mamy czas na to, by się wyciszyć, mamy szansę usłyszeć hałas panujący w naszej duszy. Pewnie nie w każdej duszy panuje hałas, ale w mojej trochę ostatnimi czasy bywało głośno ;)
Dlatego bardzo cieszę się, że tu jesteśmy. Wiem, że ten rok będzie ważnym etapem naszego życia!
Mamy czas, by skupić się trochę na sobie, posłuchać głosu swojego serca, zastanowić się nad tym jak chcemy żyć i co jest dla nas najważniejsze. Inspirujemy się, poznajemy nowych ludzi, włączamy się w różne działania społeczne, a przede wszystkim mamy czas na to, by zbliżać się do Boga i poznawać Go lepiej. To jest najcenniejsze, bo na Nim zdecydowaliśmy się budować nasze życie i wierzymy, że dzięki Niemu kiedyś na końcu naszej drogi będziemy mogli powiedzieć: "W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem,wiary ustrzegłem" (2 List do Tymoteusza 4,7)

czwartek, 8 września 2011

Codzienna tęcza...

Ostatnimi dniami trochę pada... ale dzień w dzień mamy ciekawe zjawisko. Otóż codziennie po południu, gdy jesteśmy w domu, jest chwila rozpogodzenia, a za oknem widać piękną tęczę. Dokładnie na wprost naszych okien.

Kiedyś, gdy Noe z rodziną osiadł w nowym miejscu, gdy ustąpił potop, Bóg dał mu tęczę jako znak przymierza, które zawiera z Nim. Przymierza, nowego początku, bezpieczeństwa, błogosławieństwa. Nowe miejsce, nowe obszary, nowe przymierze?



Dalej poznajemy ludzi z naszej klasy międzynarodowej. :-) Dzisiaj Cypr, Izrael, Estonia, Holandia oraz Nigeria. Nasza Polska grupa jest znacząca, aby nie powiedzieć dominująca - 12 osób z 66 w klasie międzynarodowej.

Michał

P.s. Jaś też coś chciał napisać na blogu (pisownia oryginalna):

jaś polkjhuygtf oikjuhygtrf

asrewq2134567890 
mnbvcvcxzasdfghjkloiuytrewq

środa, 7 września 2011

olja i inne podstawowe szwedzkie słowa ;)

Parę dni temu po powrocie do domu Jaś z zachwytem oznajmił mi, że nauczył się pierwszego słowa po szwedzku! Rozmowa wyglądała mnieje więcej tak:
Ja : Super synku, a co to za słowo?
Jaś : olja!
Ja: o, a co to znaczy?
Jaś: olej  - odpowiedział z dumą mój syn.
Okazało się, że był z Michałem na stacji benzynowej... ;)

Takież to właśnie były początki naszej nauki szwedzkiego ;) Dziś umiemy już również kilka odrobinę przydatniejszych słów ;)
Niesamowite jest to, że Jaś jest taki chętny do nauki języków i nadspodziewanie odważny w kontaktach z napotykanymi w różnych sytuacjach , obcojęzycznymi osobami. Podaje rękę i wierząc, że zrozumiał co mówi jego rozmówca, śmiało wypowiada swoje imię "Jan" po czym wskazując na siostrę, mówi "Zosia" :)
Póki co nie jest jeszcze w stanie wejść w bardziej skomplikowany dialog ,ale wszystko przed nim!

Od dziś mamy internet w domu, coułatwi nasze kontakty ze światem :) Bardzo się z tego cieszymy! Niby to niewielka rzecz, a jednak taki domowy dostęp zmienia bardzo wiele - przynajmniej tu w Uppsali, gdzie wszędzie jest daleko ;)

Pozdrawiamy serdecznie!

hej då ! :) 

wtorek, 30 sierpnia 2011

Dzień pierwszy - czyli wielu ludzi, wiele krajów, dużo książek i dużo wrażeń ;)

"Nasze motto na ten rok brzmi : Szukającym Pana żadnego dobra nie zabraknie! (Ps 34) :)

To słowo prześladuje mnie od niedzielnego obiadu, mocno we mnie utkwiło. Wiem, że jeśli będę szukać Boga i Jego woli, współpracować  z Nim, to niczego mi nie zabraknie!
Kiedy podjęliśmy decyzję o wyjeździe tutaj, w zasadzie nic nie było pewne, oprócz tego, że jest wiele znaków zapytania ;) Wiele osób patrzyło na nas z niezrozumieniem, i nie dziwię im się, my sami mieliśmy wątpliwości czy dobrze postępujemy. Mimo wszystko zaufaliśmy, że ta decyzja jest słuszna, krok po kroku Bóg pomagał nam wprowadzać ją w życie. Dziś jesteśmy w Szwecji i cieszymy się z tego jak Bóg zatroszczył się o każdy znak zapytania.
Najtrudniejsza dla mnie rzecz - kwestia opieki nad dziećmi przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Dziś gdy wróciłam do domu po szkole, mój syn powiedział "Mamo, czemu już jesteś?" ;). Zosia też bardzo polubiła ciocię Anię, już pierwszego dnia  z przyjemnością zaczęła ładować się jej na kolana :)
Aniu - bardzo dziękujemy, że tu z nami jesteś!

Wyzwań było wiele i jeszcze pewnie nie jedno się podczas tego roku pojawi, ale nie poddamy się!
Póki co cieszymy się każdym dniem spędzonym tutaj i odkrywamy jak dobry jest nasz Bóg.  Może to prozaiczne, ale od niedzieli nie udało mi się ugotować obiadu - co chwila coś od kogoś dostajemy ;)

Przyjechaliśmy do prawie zupełnie obcego nam kraju, który z każdym dniem staje się coraz bardziej oswojony. Wciąż poznajemy nowych ludzi, którzy są niesamowicie na nas otwarci, wspierają nas i cieszą się,  że tu jesteśmy. Wierzę, że wiele z tych relacji przetrwa długie lata!
Mamy też  cudowną warszawską ekipie - myślę, że tworzymy zgrany team i mimo, że w naszej międzynarodowej klasie jest 50 osób, nie da się nie zauważyć, że pewna narodowość ma przewagę liczebną ;)


Pierwszy dzień szkoły za nami, pierwsze zakupy w sklepie helping hand (m.in łóżko dla Jasia), pierwsze konkretniejsze rozmowy o pracy, pierwsza pęknięta szyba w samochodzie (i ogłaszam, że ostatnia!), pierwsze zajęcia dzieci z Anią (cudowną, która świetnie sobie radzi i którą dzieci bardzo polubiły :))  .... i pewnie jeszcze wiele "pierwszych" przed nami, ale już na pewno nie dziś, bo dziś nadchodzi pora spania - jutro pobudka o 6. Może zdążymy wstać przed wesołą śmieciarą :)

Dobranoc :)


p.s. Ściskamy Was mocno, myślimy o Was ciepło, modlimy się za Was i dziękujemy za ogromne wsparcie zarówno to praktyczne jak i duchowe! Szczególnie dziękujemy naszym rodzicom - wiemy, że nasza decyzja o wyjeździe nie była dla Was łatwa i tym bardziej baaardzo jesteśmy Wam wdzięczni za wsparcie i wszystkie działania, które pomogły nam wyruszyć w tą niesamowitą podróż!

Uppsala - Stenhagen - pierwszy spacer



sobota, 27 sierpnia 2011

no i jesteśmy :)

Nadal trochę w to nie wierzę, ale stało się - jesteśmy w Szwecji! I mogę wreszcie (chyba pierwszy raz tak szczerze i świadomie) powiedzieć, że się z tego cieszę ;)

Ostatnie dni w Polsce były całkowicie szalone i dość stresujące... Pakowanie, załatwianie, nieoczekiwane zwroty akcji, mnóstwo szumu i przeplatających się intensywnych emocji. Po tym wszystkim potrzeba było nam chwili wytchnienia - funkcję tę idealnie spełniła podróż promem :)


Maksymalnie obładowani wtoczyliśmy się zwycięsko na prom! Dzieciaki były zachwycone - nie dość, że sam prom zrobił na nich ogromne wrażenie, to jeszcze do tego okazało się, że posiada basem z kuleczkami, kajutę z piętrowymi łóżkami i naleśniki na śniadanie! :) Dodatkowo Jaś okazał się być jedynym uczestnikiem promowego konkursu plastycznego - pierwsza nagroda od razu trafiła w jego ręce :)
No i nie można pominąć najważniejszego - płynęliśmy w doborowym towarzystwie - bez Karoliny i Kasi to nie byłoby to samo! :)

Na ulicę Szmaragdową (bo tu właśnie mieszkamy) dotarliśmy w czwartkowe popołudnie. Czekała na nas cudowna osoba - Ania, która przekazał nam klucze do naszego nowego mieszkania  oraz wspaniałą wiadomość,  że mogę mieć pracę. Był  tylko jeden warunek - muszę iść do niej w piątek (czyli następnego dnia) ;) Sama nie mogłam uwierzyć w to, że od razu się zgodziłam - jakoś chyba podświadomie zepchnęłam  na bok obawy przed samodzielną jazdą samochodem w nieznane uppsalowskie zakątki i lęk przed mówieniem po angielsku ;) Bardzo się cieszę z tej pracy i z tego, że się przełamałam!

Bóg jest niesamowity! Przygotowywał nas do tego wyjazdu troszcząc się o w każdą dziedzinę naszego życia, pomagał w praktycznych rzeczach, stawiał na naszej drodze wspaniałych ludzi, zmieniał nasze serca byśmy byli gotowi na nowe wyzwania :)

To póki co tyle , ale niebawem pojawią się uzupełnienia, ciągi bliższe i dalsze oraz może kilka zdjęć ;)

piątek, 20 maja 2011

Niedługo rozpoczynamy przygodę życia!


Za trzy miesiące będziemy już w Szwecji - a póki co, przygotowania czas zacząć!

Na razie porządkowanie... dokumenty (5 szuflad) pokonały mnie wczoraj o 1:00 w nocy. Zabawki, ubrania, płyty, książki... i czas na refleksję - ile rzeczy potrafi się zgromadzić tylko przez kilka lat - i ile z nich tak naprawdę jest potrzebne do życia.

Na razie szukamy miejsca do mieszkania, pracy, gromadzimy fundusze, chcemy wynająć nasze mieszkanie. Już pierwsze cudowne "zbiegi okoliczności" są za nami! I na pewno wiele przed nami. Jest to ekscytujący czas wyzwania i przygody!