sobota, 26 listopada 2011

Być ojcem - to przywilej...

To niesamowite, że jestem tatą. I tutaj w Uppsali coraz bardziej to odkrywam.

 Przed chwilą uśpiliśmy z Madzią nasze szkraby. Dla każdego rodzica małych dzieci wieczorne kładzenie dzieci spać, jest zupełnie innym doświadczeniem w porównaniu z względnym spokojem popołudnia i wieczoru. Całość, po komendzie (ostatnio dawanej przez Zosię) rozpoczyna się pewną kakofonią dźwięków, ruchem, zamieszaniem, bałaganem, sprzątaniem, ścieleniem łóżek, chlapaniem w wannie, przechodząc przez spokojniejszą fazę wycierania, ubierania, pielęgnacji, poprzez czytanie książeczek, opowiadanie bajek,  rozmowy o sensie życia (to z Jasiem), codzienną modlitwę, aż do spokojnego i miarowego oddechu śpiącego dziecka. Bardzo lubię ten moment, kiedy maluchy przestają z sobą walczyć, ich ciało powolutku staje się bezwładne, oddech miarowy i taka mała cieplutka kulka odpływa w krainę snu.

Jak często jednak traktuję to po prostu jako kolejny obowiązek związany z wychowaniem dzieci... dzieci, które strasznie tutaj szybko rosną. Dzisiaj o tym myślałem - chcę się cieszyć każdą chwilą, gdy są ze mną.

Gdy patrzę na moje dwa szkraby, przepełnia mnie ojcowska duma. Gdy Zosia powie "Tato", gdy Jasio zapamięta kilka nowych angielskich słówek, gdy udaje im się zgodnie bawić, tańczyć...

To niesamowite, że Bóg podzielił się ze mną przywilejem bycia Ojcem. Tak naprawdę zaczynam to rozumieć dopiero, gdy sam mam dzieci. Gdy pomimo ich wad, często nieposłuszeństwa, chodzenia swoimi drogami itp... nie mogę przestać ich kochać. I do skutku powtarzam - zrób to, posprzątaj, ubierz się, nie zdejmuj czapki... to dla Twojego dobra! I codzienie przytulam, całuję, baraszkuję się z Nimi. I cały czas zachęcam - uda Ci się, potrafisz, przełam się, spróbuj, dasz radę...



Bóg jest Ojcem - i sam każe siebie tak nazywać... i aby móc zostać Jego dzieckiem, nie trzeba niesamowitej świętości, nie trzeba dokonywać niezwykłych i rzeczy - wystarczy przyjąć Jego Słowo - Jezusa (ew. św. Jana, 1 rozdział 12 werset)... i uznać to, że to Bóg jest Bogiem... On jest Panem...

wtorek, 22 listopada 2011

w powietrzu czuć zapach Świąt :)

Może to zabrzmi dziwnie, ale tak właśnie jest - w Szwecji czuć zbliżające się Święta :) Dziś zrobiliśmy sobie pierwszą tegoroczną sesję z choinką ;)
W tutejszym kościele praca wre - intensywnie ruszyły przygotowania do Adwentu, cały budynek przystrajany jest światełkami i ozdobami. Na Stenhagen też pojawiły się już pierwsze świąteczne oznaki, dzieciakom szczególnie podobał się dom z niebieskimi lampkami ;)
Szwedzkim zwyczajem (ale chyba polskim też) zakupiliśmy dzieciakom czekoladowe kalendarze adwentowe - czekają sobie na najwyższej półce w najwyżej powieszonej szafce kuchennej ;)
To wszytko przypomina nam, że niebawem będziemy w Polsce! Bardzo cieszymy się na ten czas! :)



Mimo zbliżającego się końca semestru, nie zwalniamy tempa. Wykłady, książki, notatki, wersety - jednym słowem szkolne życie ;) Poza tym dużo fajnych spotkań z inspirującymi ludźmi, wspaniałych rozmów, ciekawych doświadczeń. Cudownie, że tu jesteśmy i cudownie, że w czerwcu wrócimy do domu :) Wrócimy i tym wszystkim co się w nas tu dzieje,zmienia, odnawia,rodzi będziemy żyć tam - wierzę, w to! :)

Pozdrawiam i obiecuję niebawem wstawić zdjęcia - muszę naładować baterie w aparacie ;)
Magda

środa, 9 listopada 2011

Wreszcie w domu...

Wreszcie w domu... mogłem powiedzieć w tym tygodniu aż dwa razy. Za pierwszym razem, gdy opóźniony przez lądowanie naszego bohatera kapitana Wrony przyleciałem finalnie do Katowic i trafiłem po kilku godzinach w pociągu pod dom rodziców, za drugim razem gdy po powrocie podjechałem pod dom w Uppsali...

Saska Kępa i Stadion Narodowy z okna samolotu - gdzieś tam jest dom!

Halo wokół cienia samolotu przy podchodzeniu do lądowania w Szwecji


Bo teraz mam już nie tylko jeden dom, ale dwa :-). I z jednej strony tutaj w Uppsali brakuje mi Polski, rodziny, przyjaciół i wspólnoty, a gdy byłem w Polsce brakowało mi Madzi i dzieciaków, znajomych ze szkoły itp...

To było krótkie i intensywne 5 dni w Polsce. Nawet nie przypuszczałem, że aż tyle może się w tym krótkim czasie wydarzyć. I że przy tylu okazjach będę mówił sobie w duchu - "Szkoda, że nie ma więcej czasu...".

Mówiłem sobie to przy spotkaniu z jednymi i drugimi rodzicami, spotkaniu z Markiem i Łukaszem, spotkaniu grupy młodzieżowej i kilku rozmowach na szybko tam odbywanych, podczas spotkania z liderami i animatorami, pośpiesznym przygotowywaniu konferencji w Opolu pod Siedlcami, podczas samej konferencji, przy powrocie do domu, poniedziałkowym spotkaniu z Jackiem...

To był bardzo dobry i potrzebny czas. Po dwóch miesiącach spędzonych aktywnie, ale jednak głównie na czerpaniu i napełnianiu się, nadeszło kilka dni aktywności, gdzie mogłem dać innym nieco z tego, co sam otrzymałem. Praktycznie, jak np. podczas konferencji w Opolu jako tłumacz dla zespołu misyjnego ze szkoły biblijnej...


Jak i u nas w Abbie na spotkaniu młodzieżowym...

Jak i w wielu innych miejscach.
Dzisiaj dostaliśmy w szkole rozpisany plan aż do Świąt Bożego Narodzenia - to już za 6 tygodni będziemy w Polsce! Z jednej strony to szybko, z drugiej strony podczas tych 6 tygodni na pewno jeszcze wiele wspaniałych rzeczy nas czeka...

sobota, 5 listopada 2011

Another day of victory? ;)

Ostatnio myślę sobie o tym jak dużo dzieje się każdego dnia w życiu każdego z nas -  intensywność przemyśleń, zdarzeń, sytuacji nie do przewidzenia, ale i zwykłych codziennych spraw, powoduje, że muszę zmierzyć się ze swoimi myślami, poglądami, emocjami, czasem się z nich ucieszyć, a czasem je zweryfikować. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, a jednak tak dużo od tego zależy. Bo moje myśli wpływają na moje działania, a moje działania w dużej mierze determinują to jak czuję się sama ze sobą i wpływają na otaczającą mnie rzeczywistość, na otaczających mnie ludzi.   Bo jak będę żyć zależy przede wszystkim ode mnie. 


W czwartek Michałowi udało się wyjechać do Polski. Zanim do tego doszło, kpt Wrona szczęśliwie wylądował na Okęciu (które zostało zamknięte), przebukowany bilet okazał się nieprzebukowany, przyszły wątpliwości czy warto, dwie karty nie zadziałały, kolejny lot był o 8.30 rano (na lotnisko od nas jedzie się ok 2h)  Ale wreszcie się udało, doleciał:) 
A w Szwecji rozpoczął się kolejny jesienny dzień, z tą różnicą, że w samochodzie wyładował się akumulator, zaciął się zamek (dodam, że moja wiedza na temat samochodów jest tak obszerna jak wiedza na temat np. rakiet kosmicznych), było kilka wyzwań związanych z pracą, a Jaś miał spotkanie trzeciego stopnia z podłogą. No i  cóż mogę powiedzieć - życie ;)
No i właśnie w tych wszystkich okolicznościach, które dla mnie nie były zbyt pozytywne, pomyślałam sobie, że albo mogę zacząć się denerwować i narzekać, że siedzę sobie w dalekiej Szwecji i nie wszystko idzie tak jak zaplanowałam, albo zacząć patrzeć na to, jak wiele rzeczy się udało i, że nie ma sytuacji bez wyjścia kiedy idzie się przez życie z Bogiem :) 
Moja sytuacja oczywiście nie była beznadziejna, ale i tak stała się dobrym punktem wyjścia do zweryfikowania mojego nastawienia do życia.

Tak dużo zależy ode mnie i od tego, w którą stronę  skieruję swoje myśli. 
Życie z Bogiem nie oznacza życia pod kloszem, bez kryzysów, bez wyzwań, bez trudności - tak będzie w niebie, ale jeszcze trochę cudownych lat przed nam tu na ziemi:) Życie z Bogiem, to życie,  w którym wiem, że mam Przyjaciela - Króla Królów, Stwórcę Świata, Boga pełnego miłości, który codziennie jest gotowy spędzić ze Mną dzień i pomóc mi przejść każdą trudność. Jego Słowo,łaska, miłość, zwycięstwo na Krzyżu są wystarczające, by wzmocnić mnie i uzdolnić do tego, bym brała autorytet nad moim życiem, nie poddawała się okolicznościom i w każdej sytuacji potrafiła odnajdywać Jego pokój :)
To jak wygląda moje życie zależy przede wszystkim ode mnie.



Pozdrawiam kończąc zdaniem jednego z naszych wykładowców: " God bless you and have another day of victory" :)